Z pustej kuchni, znad laptopa i talerza z uszkami do barszczu bez barszczu - bo nic innego, co nadawałoby się do jedzenia, nie mam - donoszę, że:
od kilku godzin mieszkam w bursie i nie widziałam jeszcze ani jednej żywej duszy, choć biegam po korytarzach jak huragan, noszę tam i z powrotem swoje garnki, szukam wciąż lodówek, worków na śmieci i innych cudów. Mój trzyosobowy pokój jest pusty. W bursie mojej cicho jest jak w grobie i nawet drzwi niezręcznie mi zamykać, bo wydaje mi się, że hałasuję tu jak potwór. W pokoju już zdążyłam zrobić wielkie przemeblowanie i pozamieniać miejscami wszystkie szafy oraz łóżka. Za oknem mam jeziorko. Żyję w stresie, że niedługo będę spać na wycieraczce, kiedy wyjdzie na jaw, że w niedzielę, zamiast biec kłusem do kościoła, śpię do południa i oglądam namiętnie seriale. Boję się, że trafię na świątobliwe dziewuszki, z którymi nie sposób będzie się dogadać, ale w myśl matematycznych faktów i statystyk zamieniłam 2osobowy pokój na 3osobowy, żeby zwiększyć prawdopodobieństwo, że chociaż jedna z moich współlokatorek będzie fajna. Mówię o tym wszystkim i wszyscy się ze mnie śmieją. Cierpię też prawdziwe męki wchodząc na trzecie piętro, na którym to nie było mi dane mieszkać nigdy w życiu, bo zawsze oblegałam pierwsze. Znowu jest obskurnie i biednie. Mam w pokoju meblościankę a'la wczesny gierek i niewygodny tapczan. Ale chcę wierzyć, że będzie mi tu dobrze. Chcę wierzyć...